stowarzyszenie badań kamiennych kręgów

Poezja Antoniego Kozłowskiego

Dzieci Dębu

Jesteśmy dziećmi Dębu
Kosmicznego drzewa porządku
Osi świata i źródła Światłości
Dziećmi żywego łącznika Ziemi i Nieba...
Kiedy nasi przodkowie u zarania
Wywędrowali z bezkresnych stepów
Gdzie ogień nieba płonął w Słońcu
I wkroczyli w odwieczne, mroczne dąbrowy
Wielki Dąb, władca piorunów
Co porażony gromem nie pada
A jeno mocarnym się staje
Bo co nie zabija, zaprawdę wzmacnia
Tedy On Moc i Światłość niebios gromadzi
I w kształcie swym mocarnym
Naszym Bogiem Jasnym się staje
I płonie słupem energii w umysłach naszych
Od mroków korzeni do jasności korony
Z jaskiń piekieł ku Niebiańskim Połoninom
Podróżujemy w Nim z głupoty ku mądrości
Z bezforemności ku powszechnej Harmonii
Od pojedynczego do uniwersalnego
Od nieistnienia ku Wszechbytowi
A wszystkie te prawdy, ziarna boskości
Otwiera w nas na przestrzał zrozumienia
Prastary, choć stale żywy i płodny duchowo
Święty symbol Dębu, obraz Prawdy i Drogi
Jaśniejący boskim blaskiem
W teatrze naszego umysłu
Kiedy budzimy się ze snu i wstępujemy w świat Sensu.
Amen.
Antoni Kozłowski

23 czerwca 2004 roku, na podstawie wizji z Nocy Kupały w Węsiorach.

A oto wiersz popełniony na okoliczność Yule  I-go świeta sabatu przez Antoniego K. aktywnego uczestnika  zimowego świeta 21 grudnia 2004 roku

Sol Invictus

Oto nastał dzień odnowy radosnej
Dzień odwrócenia kosmicznej klepsydry
Dzień odrodzonego, wyzwolonego z otchłani
Słońca na niebiosach i płomienia ducha w nas
Bo oto smok pradawny, paszcza chaosu
Czarna, pochłaniająca macica mroku
Już nie ma mocy panowania nad światłem
Pożerania jego blasku i świętej siły tworzenia
Jej władza śmierci i rozkładu jest obalona
Odwieczna harmonia Wszechświata, jego Sens
Na oczach naszych, pod niebem tej Ziemi
Lecz także w naszych sercach i czujnych umysłach
Steruje biegiem rzeczy, otwiera stronice
Wielkiej Księgi Przemian, odwiecznych cykli
Bowiem bez oceanu mroku nie ma morza światła
Bez bólu pozbawienia nie ma radości spełnienia
Nie ma dnia bez nocy, ciszy bez wrzawy i Yang bez Ying
Także nie ma dobra bez zła i prawdy bez fałszu
Męskość nie rozpozna swej natury bez kobiecości
A radość tworzenia nie ma smaku bez marazmu
Taka jest natura świata wyłonionego z chaosu
Taka jest nasza rola w odwiecznym procesie
Tworzenia i obracania w niwecz, życia i odrodzenia
Bo aby wzrosło nowe, rozpoznane i doskonalsze
Zemrzeć musi stare, choć tak oswojone i bezpieczne
By rozum zapłonął nową wiedzą, stara musi odejść
I tak też się działo u zarania naszej ludzkiej przygody
Wielka Bogini, Pani Ziemi, wód, roślin, Księżyca
Matka życia i śmierci, strażniczka praw Natury
Orędowniczka drogi serca, mająca w pogardzie miecz
Wielka dawczyni płodności i strażniczka tradycji
Z bezforemności swej intuicji porodziła światło myśli
Matka Natura dała światu syna swego, jasność umysłu
I tak oto to co nierozpoznane i zwierzęco instynktowne
Stało się wiedzą jasną w dramatycznym akcie poznania
Stało się naszym przekleństwem i radością mocy
Nasze słońce wiedzy o złym i dobrym, o prawdzie i fałszu
Łopocze dumnie na sztandarze naszej wędrówki
Ku nowym, nieznanym światom i formom człowieczeństwa
Radujmy się przeto, światłość się rodzi na niebie i w sercach!
Radujmy się i obdarzajmy wzajem światłością ducha.
Amen.
Wrzeszcz, 21 grudnia 20004 roku. Antoni Kozłowski


Żywe symbole


Pomiędzy niebem a ziemią
Ślepe w obłoku dziennej jasności
Wyprostowane jak prastare, kamienne stele
Siedzą sowy w tajemnym milczeniu
Siedzą niewidoczne, zaszyte w zieleni
Zieleni gęstej i wiecznej, bo iglastej
Nad nimi wędrują pory roku
Siedzą symbole mądrości i śmierci
By widz przyziemny pamiętał
Iż mądrość objawi się tylko wtedy
Kiedy umrze bez żalu głupota
Że śmierć, to matka kołowrotu przemian
A niezmienność, to tylko martwy pejzaż
I oto mądrość ze śmiercią w żywej parze
Jak ból z rozkoszą i woda z lodem
Siedzą więc sowy, nieme strażniczki sensu
Choć same nie muszą o nim wiedzieć
Bo ich ukryte życie ulata ponad dobrem i złem
Dlatego okrutnie wytracają płochliwe myszy
Lecz ich twórcza produkcja wypluwek
Małych tobołów z wyłuskanych kości i futra
Nie różni się od przeżuwania siana
W krowim żwaczu, czepcu i księgach
Bo tak zapisane jest wiatrem w odwiecznej
Księdze  Żywota rozwartej pod niebem ziemi
Choć inne mądrości czytasz w gazecie
Kurując ciało i bezpieczną bezmyślność
Choć na odległość myśli objawia się sacrum.

                                   *

Busko, 17 stycznia 2005 roku                  Antoni Kozłowski

Ogień Beltane

Płoną ognie Beltane i mrok rozjaśniają
Płoną ognie na wzgórzach i w dolinach
Płoną u wód i po lasach zielonych i ciemnych
Płoną ognie, trawią smolne szczapy i bale
Ogień tańczy niczym posłaniec niebios
I w popiół przetrawia i węgiel miałki
Materię świata, co żyznym humusem się staje
Ku odnowie Natury i roślin bujnym rozpłodzie
Ku napędzie odwiecznego koła wzrostu i rozpadu
Ku nowej odsłonie w teatrze przyrody
Co z zimowego antraktu podnosi się raźno
Jak siewca po śnie na miedzy podczas znoju
W święty czas powierzania ziemi ziaren
Co je w płodnym i ciemnym, próchniczym brzuchu
Hołubi i otwiera ku wzrostowi i plonów obfitości
Wielkie, tajemne wylęganie zastępów zielonych
Pod kopułą nieba od zawsze do zawsze
Od poranka do wieczora, od wiosny ku zimie
Od śmierci ku życiu, od życia ku obumarciu
Od martwoty ku ożywieniu świata, ku cyklicznemu
Zmartwychwstaniu życia, odnowie oblicza ziemi
Ku wielkiej tajemnicy wiecznej młodości
Co się w starość obraca, a potem starą maskę odrzuca
I w młodość, jak w szaty świeże i wonne przyodziana
Wiosenne igrce i gody odprawia, oczy cieszy
I nadzieje w serca ludzkie wsącza, niczym balsam
A dusze rozjaśnia i sposobi do dzieł nowych
Tak też i w planie naszej duchowej sceny życia
Wielkie sprzątanie czas ten zwiastuje, wiosenne porządki
Wyprowadzanie z chaosu i mroku zimy uczuć i myśli
Jasne i mocne woli przemiany obrazy i plany śmiałe
Aby pod słońcem wiosny rumieńców nabrały
Ze światem i jego twardym oporem zmierzyły się
Aby w cieple lata, w czas plonów zbierania
Tak jak z pól w spichlerze, tak z działań i czynów
Owoc zebrany był stukrotny i wielkiej wartości. Amen.

Wrzeszcz, 30 kwietnia 2005 roku Antoni Kozłowski
 

Noc Kupalna

Dziś dana nam najkrótsza kołdra nocy
Kosmiczna krawcowa dokonała cięć
Wprawiła w ruch machinę przemian
Z czym do twarzy nocy w mroku Yule
Zupełnie w dysonansie w czas Kupały
Zatem przez sześć cykli Luny
Co z łona Ziemi ongiś zrodzona
Przycinała czarną kołdrę matki nocy
Aby odkryła nad horyzontem purpurę
Zwiastuna ognia niebieskiego
Wielkiej kaskady światłości świata
Co spływa ku nam z boskiego oka
Ze słonecznego dysku, co żarem pulsuje
A przodkowie nasi jego obecność
Przypisali kowalskiej robocie Świętowita
Choć także Perunem zwanego woja
Niebieskiego berserka, harcownika ognia
Co mieczem słonecznym wyrąbuje drogę
W tunelu kosmicznego mroku
W starej jak Chaos macicy nocy
Na jego to rozkaz krawcowa świata
Robotnica cykli i rytmów natury
Jemu zręcznie czas tryumfu gotuje
I dzień jego wywyższenia stanowi
W przypływie światłości słonecznej
W jasności ziemię omywającej
Rośnie tedy moc wigoru życia
Płodzi się zwierzyna, krzewi roślinność
Radość istnienia duszę ludzką napełnia
W wielkiej misie świata rośnie ciasto
Spełnienia, wzbiera miąższ wonny
Rozrasta się moc mnogości istnień
To wszystko z woli słonecznej boskości
Wskutek naporu wojsk światłości odwiecznej
Przeciw stojącej okoniem twierdzy ciemności
Której posępna załoga szykuje odwet
Paktuje z niebieską szwaczką o całunie mroku
Który zamknie oko wojownika Światła
I otworzy rygle inwazji jałowej zimy. Amen


Sopot, 20 czerwca 2005 roku. Antoni Kozłowski
 

Harmonia Mabon

Oto przed nami przepływa czas spełnienia
Czas harmonii i pogodzenia z losem
Zebrane plony leżą w spichlerzach
Ich wartość oceni wiosenny przednówek
Plony żyznej matki Ziemi, plony-dzieci
Dzieci mnogie, jak gwiazdy na niebie
Plony, dowody nieustannej płodności Ziemi
I nasiennej szczodrości słonecznych promieni
Dają znak wiecznego pulsowania świata
A w duszach naszych po ugorze kanikuły
Po sennym pławieniu się w rzece możliwości
Zaczyna kiełkować światło przebudzenia
Zaczyna w myśl obrastać wirtualny chaos
Wyłania się obraz odwiecznego cyklu
Tak tedy światło i ciemność pod niebem
Wzrost i ubywanie księżyca na niebie
Zasiężność słonecznej wędrówki po niebiosach
Magia kurczliwości dnia i pęcznienia nocy
I niezwykłość tych ról odwrócenia
Choć nam tak powszednie i oczywiste
Jawią się wnikliwym jako opisanie misterium
Jako wielka księga wiedzy o rytmie Kosmosu
Bowiem nie masz nic trwałego pod Słońcem
Wszystko płynie, zamiera i odradza się
Co zdaje się trwałe, martwym jest jeno
Bo moc i młodość odwiecznego Tchnienia Życia
To jego nieustanne pulsowanie, śmierć i narodziny
Zapadanie się w nicość i kreacja ex nihili
Oto cud wielkiej płodności Macicy Wszechbytu
Cud odnowy poprzez starego obumarcie
Pierwej z jego bujnego rozkwitu radość czerpiąc
I oczekiwanie nowego, co w mrocznym zalążku
Czeka do misterium rozbłysku nowego Światła
Odrodzenia prastarego Lugha, co niesie światłość
W mitologii ludu pustyni Lucyferem zwanego
Którego władztwo nigdy wiecznym nie będzie
Bo on symbolem przemiany, duszy odrodzenia
A nie jej świetlistej, wyśnionej butnej wieczności
Bowiem co żyje pulsuje od rozbłysku ku mrokom
Taka jest wewnętrzna, natura rzeczy. Amen


Zaspa, 22 września 2005 roku Antoni K.


Żywioły tworzące życie

Ogień

On to, blask i gorąc narodzin światów
Pierwotny Duch-Poruszyciel stworzenia
Ten, co w wielkim wybuchu
Poruszył wszystko i kształt nadał
Z woli Tego, co dał mu życie
On, ojciec ciągłej przemiany wszech rzeczy
Pulsujące serce powszechnego ruchu
Ciepło, co wrota rozwiera życiu
A jego natura, to dusza wszechświata
Czerwony płaszcz wiecznie tańczącej energii
Gorący ojciec życia i grabarz jego bezlitosny
Rozgrzewający troskliwie domostwa w czas zimy
I trawiący zachłannie lasy, sawanny, miasta
Mieszkający w sercu ziemi i w atomowym grzybie
Straszliwy miecz obosieczny wiecznej przemiany
Moc jasności oświecająca nasze umysły
Mistyczny blask zrozumienia i zjednoczenia
On to płonie żarem uczuć w sercach naszych
Wystrzela płomieniem świętego gniewu
Ogarnia szałem umysły wojowników
Robotnikom codzienności dłonie grzeje
Mistykom oczyszcza wejrzenie w blask Boga
Kochającym otwiera serca na bycie w jedności
To on, choć ulotny, to stały dawca mocy
Żywioł męskiej, zdobywczej duszy
Co bezkres wód kobiecości
Ciepłem miłosnym koi i ogrzewa
On, dziecko słońca i gromu
Z niebios zstępuje ku nam
I ku niebiosom wzrok nasz kieruje
Nasz przewodnik w lunarnym świecie mroku
I wielki oczyściciel ze zła wszelkiego
Co kala i zaciemnia w Istotę wejrzenie
On, nasz zbawca, żywicie i przewodnik.
Niechaj płonie po wsze czasy. Amen

Zaspa, 23 września 2006 roku Antoni Kozłowski
 
Woda

Oto macierz każdej formy życia
Kiedy jej nie było, martwo było
Ona była początkiem życia i jego metamorfoz
W niej uśpiony był rezerwuar wszechmożliwości
Ona to, materia prima, była Matką naszą
Od mikroorganizmu do mózgu naszego
Wiedzie wodny szlak przez eony dziejów
W niej było wszystko i ona wszystkim była
Tego co żywe, kruche i wiecznie zmienne
We wszelkich manifestacjach i subtelnościach
Oto w niej tajemnica ekranu świadomości naszej
Bez niej, jeno noc wiedzy o uniwersum
Mrok ogarniający kosmiczny spektakl
Ona na Matce naszej, Ziemi pulsuje rytmem
W takt niebieskiej kreacji Księżyca
W niej przegląda się tańcząc jej poruszyciel
Ona mu wierna i falująca w cielskach oceanów
I sokach przeogromnej dżungli roślinnej
A nasze zarodki życia w niej pływają w łonach
Ona też uśpiona w lodowych jądrach komet
Ona i w duchu naszym odbicie znajduje
I jest mu wewnętrznym oceanem bogactwa
Oto wewnętrzna toń podświadomości naszej
Mroczna retorta alchemicznej macicy ducha
Gdzie kształtu nabiera homunkulus nowej myśli
Dziecko nowości i geniuszu lub bękart koszmaru
Ona, ojczyzna pradawnych potworów i gołębi pokoju
Wirtualne centrum wszystkiego co było, jest, będzie
Źródło złego i dobrego dla wszelkiej kreacji
Baśniowy eliksir życie i młodość przywracający
Oto ona, tajemnica i zbiornik nieznanych losów
Magiczny cylinder pędzącego świata
Z którego magiczny gest losu
Wydobywa deszcz ożywczy, tsunami, gradobicie, śniegi
Ona to jest nam początkiem i końcem
Patronką kosmicznej zasady – panta rhei. Amen

Zaspa, 21 września 2006 roku Antoni Kozłowski


Powietrze

Żywioł bezcielesny i bezforemny
Jest wszędzie, choć go nie widzisz
Jest w tobie, choć go nie czujesz
W nim płonie ogień i rozpala się życie
Ono nasyca wodę i woda żywą się staje
Tak tedy roje ryb i innych stworów
A one wiodą weń żywot pełen werwy
I w zimnym mroku głębiny życie kwitnie
Jak na słońcem lata rozgrzanej łące
To jego powszechna magia przenikania
Choć niedotykalne i zdaje się nieobecne
Ono to otula ziemię błękitnym płaszczem
Służy wiernie wszystkiemu co żyje
Karmi jak matka wszelkie żywe istoty
Jest pradawnym dzieckiem ziemi
Z niej się urodziło i jej dziełu służy
Wypełnia przestrzeń dając jej moc
Co manifestuje się wiatrem i chmur lotem
Szybowaniem ptaków i spalaniem meteorów
Rozwiewa proporce, chłodzi podmuchem twarze
Ono wielką sceną barwnego tańca motyli
Przez nie to płyną zapachy i roje słów
Co niosą miłość, kłamstwo, pociechę, mądrość
Jest rzecznikiem ruchu nieustannego
Wprawia w taniec liściaste grzywy drzew
Porusza śmigi wiatraków, co mielą czas i ziarno
Rozdyma żagle okrętów, co ongiś świat zbadały
Swym impetem grzywi falą oblicza oceanów
Rozpędzone tornadem sieje śmierć i ruinę
Rozdyma nasze płuca i płynie fala oddechu
Jest pokarmem żywym i smakiem wolności
Kiedy śniąc szybujemy w nim, jak ptaki
Spełnia się nasze marzenie o wyzwoleniu z ciała
I stan wolnego ducha, nierealnie realny. Amen

Zaspa, 22 września 2006 roku Antoni Kozłowski
 

Ziemia

Ona to matką naszą i grobem naszym
Odwieczną miłością i zdradą jałowej pustyni
Ogrodem Edenu i wielkim oceanem potopu
Szlakiem karawan i kamiennym labiryntem miast
Arktyczną zmarzliną i eksplozją lasu tropikalnego
Śnieżnym, podniebnym szczytem i stęchłym bagnem
Ścieląca się miękko do nóg i wrogo niegościnna
Jako matka nasza tuli do łona i pieści
A ręką drugą odpycha i razy zadaje
Byśmy swego losu doświadczali jako nauki
O szukaniu w sobie ojczyzny mocy i pokoju
Ziemi obiecanej harmonii przeciwieństw
Obrazu matki odbitego w zwierciadle ducha
Co ma korzenie w ziemi a rośnie ku niebu
Naszej w byt materialny ubranej duchowości
To ona, Matka nasza otwiera nam oczy na Jedność
Zawsze pod naszymi ruchliwymi stopami
Stoi twardo, choć to nie powszechna reguła
W jej wnętrzu przepastnym pęcznieje magma
Ognista dusza matki i gubicielki naszej
Jej napór straszliwy kołysze jej skorupą
Obala nasze siedliszcza i pożera życie
Ryczy gniewnie z kraterów wulkanów
I przesuwa po swych plecach cielska lodowców
Nie ma jednego imienia i jednego oblicza
Jest zmienna i wieloraka, jak natura kobiety
Twarda i skalista lub miękka, próchniczna
Żyzna jak łono matki rodzące nowe życie
Jałowa i martwa, jak czeluść grobu
A często z winy naszej, jej durnych grabarzy
Mądrali z cyrklem i siekierą przy jej ciele
Jej włosy to lasy, trawy, zioła i kwiaty
Piersi obfite to skał wielgachne pagóry
Łono rozwiera się kanionami i rozpadlinami
Patrzy na nas oczyma swych dzieci, zwierząt
I wierzy mocno, żeśmy jej godni. Amen

Zaspa, 24 września 2006 roku Antoni Kozłowski
 

Smoleńska pobudka

 
Kiedy stalowa trumna
Pełna polskiej treści
Pełna trwogi, krwi, ducha
Uderzyła w smoleńską ziemię
Ozwał się podziemny dzwon
Westchnienie Naszej Matki
Pomruk dziurawych czaszek
Wieszczący Ultima forsan
Lub narodową pobudkę…
W Tym głuchym brzmieniu
Dało się słyszeć przesłanie:
Wyjdź z cienia
Podnieś twarz
Wystaw ją na wiatr historii
I policzki pogardy
Od kundli, miernot, obłudników
Wezwanie do czynu i świadectwa
Zakaz mamlania papki medialnej
Zakaz biernej wegetacji…
Wielu, wielu to usłyszało…
Wielu się obudziło ze snu beznadziei
Wielu usłyszało chichot historii
Co kpi z prawych i sprawiedliwych
A przygrywa do tańca
Łotrom, durniom, miernotom
To głos umarłych, bicie serca Matki
Wyostrzył im słuch
Więc słyszą teraz:
Jesteś Polakiem
Nie homofonem, antysemitą,
Rusofobem, ciemnogrodem
Jesteś istotą ludzką
Nie konsumentem, abonentem,
Masą ludzką, numerem, statystą
Jesteś cenny i jedyny
Nie statystyczny, ułomny, młody
Nadliczbowy, stary, skreślony
Jesteś członkiem rodziny
Człowieczej, dobrej woli,
Polskiej, wyjątkowej, silnej duchem
Jesteś lub cię nie ma
A jak cię nie ma
Sklejona będzie atrapa
Do użytku publicznego
Czekistów, aparatczyków,
Banków, uczonych w piśmie,
Salonów słuszności, owczego pędu,
Mediów fałszywych i prawdziwych śmierci
Za życia.

Wrzeszcz, 17 kwietnia AD 2010 r.          AntoniK


Mucha w bursztynie

Ta metafora
Oddaje wszystko
I nic
Ale wszystko i nic
To to samo
Byt i Niebyt
To Jedno
Pustka rodzi
I pochłania obumarłe
Stały ruch
Stały bezruch
Uroborus pożera swój ogon
Ale nasz zegar stoi
Nasza aparatura strajkuje
Wstrzymuje bieg zdarzeń
Opiera się rytmowi Natury
Odmawia wiary w przemijanie
Jesteśmy muchami w bursztynie
Rozrzuconymi w galaktyce istnienia
Czasem w oczku pierścionka
Czasem zmieleni na kościelne kadzidło
Czasem wierci nas dłuto mistrza
Czasem przetaczają fale morskie
Niekiedy leżymy w muzealnej gablocie
Ale najczęściej na zwałowisku wodorostów
W labiryncie gnijącej materii
Opieramy się biegowi przemian
Martwi, choć wieczni
Wieczni, choć nieistniejący
Pozornie nieśmiertelni
Zastygli w bursztynowym śnie...
                         *

Wrzeszcz, 27 września 20010 roku            AK


Skąd się tu wziąłem?

Skąd się tu wziąłem
Zapytuję siebie
Stając osłupiały
Pod latarnią w mrocznej ulicy
Skąd się tu wziąłem
Co mnie tu przyniosło
Zastanawiam się jadąc
Pustym autobusem do nikąd
Skąd się tu wziąłem
Dociekam stojąc
Pod zimnym prysznicem
Czując obcość swego ciała
Skąd się tu wziąłem
Sarkam drapiąc się po głowie
Siedząc przed monitorem
I obserwując panoramę nicości
Skąd się tu wziąłem
Tu, na Ziemi
Tu w kącie historii
Tu pod gradem kłamstwa
Tu w lesie zagadek
W światyni sakralizowanego chamstwa
Skąd się tu wziąłem
I po co
I czy to ja
Czy sen innego?

                              *

Jarmołtowo, 26 lipca 2010 roku     AK


 

aktualne fazy księżyca aktualności co się dzieje na naszej gwieźdźie
stat4u